Starosta mikołowski: my wiemy, co trzeba robić

Przybywa zadań, jesteśmy chwaleni, ale żeby za tym szły jakieś pieniądze, to nie bardzo. Gdyby tych pieniędzy było troszkę więcej, to my byśmy wiedzieli, jakie są potrzeby i co trzeba zrobić - mówi Mirosław Duży, starosta mikołowski.
Fot. Starostwo Powiatowe w Mikołowie
Fot. Starostwo Powiatowe w Mikołowie

Przybywa zadań, jesteśmy chwaleni, ale żeby za tym szły jakieś pieniądze, to nie bardzo. Gdyby tych pieniędzy było troszkę więcej, to my byśmy wiedzieli, jakie są potrzeby i co trzeba zrobić - mówi Mirosław Duży, starosta mikołowski.

W wywiadzie dla Serwisu Samorządowego PAP mówi m.in. o uciekających kadrach starostwa, szpitalach powiatowych skazanych na pożarcie i walce dyrektorów szkół o każdą złotówkę dla szkół.

Powiat Mikołowski świętuje w ten weekend dwudziestolecie swojego istnienia. Co jest jego mocną stroną?

Mirosław Duży, starosta mikołowski: Największą wartością powiatu mikołowskiego jest fakt, że on istnieje, że tworzymy tutaj od dwudziestu lat wspólnotę i ta świadomość jest wśród mieszkańców coraz większa. Kiedy widzimy w Polsce czy na świecie samochody z rejestracją SMI, to wiemy, że to jadą „nasi”.

Mocną stroną powiatu mikołowskiego jest też ścisła współpraca pięciu gmin. Bez tego byśmy nie dali rady. Są takie powiaty, gdzie wójt, burmistrz czy starosta nie odzywają się do siebie, nie przyjeżdżają na spotkania, konflikt goni konflikt. U nas zostawiamy wszelką politykę z boku i działamy wspólnie na rzecz mieszkańców.

Ale są też bolączki…

- Samorząd nie jest oczkiem w głowie żadnego z rządów – rządy się zmieniają, a samorząd ciągle jest niedoceniany. Byłem radnym wojewódzkim, powiatowym, miejskim, przez trzy kadencje burmistrzem miasta, teraz jestem starostą i to się nie zmienia: przybywa zadań, jesteśmy chwaleni, ale żeby za tym szły jakieś pieniądze, to nie bardzo.

Czyli kasa…

- Bolączką jest niedofinansowanie – tak powie każdy samorządowiec. Kiedyś było mniej tego narzekania, ale teraz samorządowcy są naprawdę zdesperowani. Nawet bogate miasta w naszym regionie, jak Rybnik, Gliwice czy Tychy, które mają ponadmiliardowe budżety, skarżą się, że pieniędzy brakuje. Niby jest więcej wpływów z podatków, bo to prawda, ale wydatki i „dziura” budżetowa rosną szybciej niż te przychody.

Na co potrzeba najwięcej?

- Gdybyśmy mieli wystarczające środki – gdyby subwencja oświatowa pokrywała to, co trzeba, gdyby służba zdrowia działała tak, jak trzeba, to moglibyśmy powiedzieć, że największe pieniądze przeznaczamy na drogi powiatowe. Bo to jest nie tylko kwestia estetyki czy wygody jazdy, ale przede wszystkim sprawa bezpieczeństwa. Drogi powiatowe są niedoinwestowane. Sam podział dróg na gminne i powiatowe wydaje się czasami wręcz idiotyczny. Bo cóż mieszkańcowi do tego, czy to jest droga powiatowa, gminna czy wojewódzka. Staramy się na wszelkie możliwości pozyskiwać środki zewnętrzne i to się nam udaje, ale zrobilibyśmy więcej, gdyby nie niedofinansowanie także w pozostałych dziedzinach.

Oświata?

- Nie oceniam, czy powołanie gimnazjów było słuszne, czy nie, ale skoro już zostały wprowadzone, to było głupotą, że teraz zostały zlikwidowane. Mój syn poszedł właśnie do liceum - ma lekcje do 17, a na korytarzach uczniowie są ściśnięci jak przysłowiowe sardynki. Samorządy zrobiły wszystko, żeby się przygotować do kolejnych zmian w oświacie. Musieliśmy magazynki czy pomieszczenia administracyjne zaaranżować na sale lekcyjne, nowe świetlice, jadalnie czy szatnie i wyposażyć to wszystko.

Ministerstwo edukacji w odpowiedzi na takie zarzuty wskazuje, że te szkoły przed reformą gimnazjalną mieściły już podobną liczbę uczniów…

- To że wtedy było ciasno i kiepsko, to nie znaczy, że było dobrze. Idąc tym tropem, można powiedzieć, że przed wojną była jedna szkoła w powiecie i też było fajnie. Dzisiaj są inne wymagania w sprawie stołówek, świetlic czy wyposażenia sal – nie ma co tego porównywać z tym, co było dwadzieścia lat temu.

No ale powiaty akurat skorzystają na tzw. podwójnym roczniku, bo dostaną wyższą subwencję oświatową.

- W naszym powiecie oprócz przystosowania pomieszczeń, musieliśmy przyjąć dodatkowo 89 nauczycieli, a w szkołach średnich utworzyliśmy 25 oddziałów więcej niż dotychczas. Szacuję, że koszt tego wszystkiego tylko za cztery miesiące tego roku to 3,5 mln zł, których nie mamy. Jak na razie  dostajemy subwencję według stanu na wrzesień 2018 r. Dopiero przyszłoroczna uwzględni podwójny rocznik i faktycznie będzie trochę wyższa, ale i tak jej nie wystarczy, dziura i tak będzie. Jak ktoś zobaczy dyrektorów szkół, poważnych, szanowanych i lubianych, jak walczą na posiedzeniach zarządu powiatu o każdą złotówkę dla swojej szkoły, to zrozumie, co się dzieje w oświacie.

Jak już narzekanie, to teraz o szpitalach…

- W 2017 roku ok. 20 proc. szpitali powiatowych było na minusie, w 2018 r. już prawie 80 proc., a w tym roku nie spotkałem starosty, który by powiedział, że jego szpital  ma  nadwyżkę. Przy takiej skali nie można już mówić, że to byli źli menadżerowie, niekorzystne warunki lokalne, złe wyposażenie czy niedostosowane do realiów oddziały. Szpitale powiatowe są po prostu niedofinansowane i chyba skazane na pożarcie.

Diagnostyka po udarze kosztuje 8-9 tys. zł, a NFZ płaci 3 tys. zł. Przy takim liczeniu nie ma szans, żeby było dobrze. Na każdej procedurze jesteśmy „w plecy” mniej lub bardziej. Mikołowski szpital w tym roku będzie 3 mln zł pod kreską. Co zrobić? Zamknąć go? To nie o to chodzi, że mieszkańcy by nas na taczkach wywieźli, ale takich rzeczy się po prostu nie robi - to byłoby niemoralne i nielogiczne. Bogate samorządy dopłacają do szpitali miliony, ale dołożyć 3 mln przy 100 mln budżecie, to nie jest łatwe.

W naszym Serwisie przetoczyła się ostatnio dyskusja o zarobkach w urzędach samorządowych…

- Wszyscy walczą o podwyżki i słusznie, a o samorządowcach jakoś tak cicho. Od iluś lat w samorządach są zamrożone pensje i ludzie mi ze starostwa uciekają. I co tu teraz robić. Pracownicy są podkupywani do innych urzędów, a ja z kolei kogoś innego chcę podebrać. Nie mogę kusić zarobkami, bo wszędzie są marne, ale jak ktoś ma bliżej do pracy albo jakieś tam lepsze warunki, to można pokombinować.

Są wakaty w starostwie?

- Nie ma norm mówiących o tym, że w wydziale geodezji ma pracować 5, 10 czy 15 osób. Po prostu teraz pracuje tam o cztery osoby mniej niż było. Geodetów jest w Polsce pod dostatkiem, tylko nie chcą pracować na państwowym. Prowadzą swoje firmy geodezyjne i mają czasem pretensje do starostwa, że długo trwają operaty. Mówię im: to przyjdźcie do nas popracować.

Nikt się nie zgłasza też na informatyka, bo w prywatnej firmie na początek może dostać 10 tysięcy złotych, a u nas dużo mniej, a pracować trzeba więcej niż 8 godzin. A jeszcze jak nie ma odpowiedniego wykształcenia, to choćby był najlepszy w swoim fachu, to może być zatrudniony tylko jako obsługa kserokopiarki. To są takie paradoksy.

Gdyby tych pieniędzy było troszkę więcej w samorządzie, to my wiemy, jakie są potrzeby i co trzeba zrobić.

A wracając do jubileuszu – w programie jest też odnowienie współpracy z niemieckim Neuss. Co powiatowi daje to partnerstwo?

- Przy okazji dwudziestolecia powiatu świętujemy też 25-lecie tej współpracy. Na początku oni nas naprawdę wspierali, również materialne i to się przydało w tym pierwszym trudnym okresie. Teraz, jak w każdym związku po 25 latach, ta miłość nieco osłabła, ale nie ma powodu, by z nią kończyć. Nacisk kładziemy na wymianę młodzieży, żeby młodzi się poznawali, rozmawiali, bo może wtedy będzie na świecie mniej konfliktów. Ważne jest również to, iż niekiedy środki unijne można otrzymać tylko wtedy, gdy wnioskują o nie  samorządy z co najmniej dwóch  krajów.

Będzie jakaś jubileuszowa premia dla urzędników?

- Od paru lat nie było podwyżek, dzień samorządowca minął bez echa, to teraz z racji jubileuszu każdy po parę stówek dostanie. Chcemy to jakoś zróżnicować ze względu na staż pracy w starostwie.

Dziękuję za rozmowę.

Anna Banasik

POBIERZ MATERIAŁ I PUBLIKUJ ZA DARMO